
Najgłośniej protestują piraci, którym wysycha źródełko. Najciszej siedzą autorzy zaciskający kciuki, bo wreszcie widzą szansę na skuteczną walkę z kradzieżą swoich dzieł. Media dostarczają sprzecznych informacji. YouTube straszy permanentną inwigilacją. Komu wierzyć? Czym jest ACTA? I dlaczego ten strach ma aż tak wielkie oczy?
W ostatnich dniach zawrzało: Polska stoi u progu podpisania Anti-Counterfeiting Trade Agreement, czyli międzynarodowego porozumienia przeciwko piractwu (w szerokim rozumieniu tego słowa). Na internautów padł blady strach, bo oto okazuje się, że kopiowanie treści czy inne formy wykorzystywania cudzej twórczości intelektualnej będą skuteczniej niż dotychczas ścigane i karane.
Nic dziwnego, że powiało grozą – wszak Polska nadal pozostaje w niechlubnej czołówce krajów, będących liderami w łamaniu praw autorskich. Sieci P2P i serwisy społecznościowe są doskonałym inkubatorem i rezerwuarem piractwa. Same – jako narzędzia – są oczywiście legalne. A to, co wyczyniają ich użytkownicy, to już inna para sandałów. Zatem hulaj dusza, piekła (a nawet czyśćca) nie ma!
Zaraz, zaraz, czy na pewno? Otóż właśnie chyba nadchodzi czyściec w postaci ACTA. Choć z ostatniego wrzenia w mediach wynika, że to nie tyle czyściec, co totalna apokalipsa „wolności internetu”, „wolności słowa”, „prywatności”, „praw obywatelskich” czy wręcz „zamach” na wszystko, co kochającemu wolność najdroższe.
Pobudka! Mówimy przecież o walce z anarchią!
Spójrzmy na ACTA z punktu widzenia autorów, których praca jest permanentnie kradziona. Łamanie praw autorskich osiągnęło apogeum przyzwolenia społecznego, a my, internauci, zatraciliśmy wszelką świadomość, że pobierając film z sieci robimy cokolwiek złego.
Pobudka po raz drugi: tak, to jest złe.
Uporządkujmy fakty – nie dajmy się manipulować:
1. „Na kopiowaniu nikt nie cierpi” – to mit. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której każdy, kogo najdzie taka ochota, wchodzi do dowolnego sklepu, kradnie dowolną ilość książek lub płyt z muzyką albo filmami, wychodzi i zaczyna rozdawać je przypadkowym przechodniom? Prawda, że to wizja nie do pojęcia? A przecież tak właśnie dzieje się w sieci: kradniemy cudze filmy i muzykę, a na dodatek rozsyłamy te utwory na lewo i prawo, jak śmieci niemające dla nas większej wartości. Sypiemy więc bezmyślne konfetti z utworów – bo to przecież jest takie fajne!
2. Prawa własności intelektualnej (m.in. autorskie, patentowe) nie są należycie chronione. Sieci P2P roją się od filmów i muzyki, podobnie jak YouTube czy setki serwisów bazujących na tzw. głębokim linkowaniu. Serwisy społecznościowe umywają ręce: „My tylko udostępniamy narzędzie, to użytkownicy publikują treści. Jeśli otrzymamy zgłoszenie o naruszeniu praw – usuwamy”. Wielokrotnie sprawdzałem to jako autor. W istocie tak jest. Usuwają. Ale w miejsce jednej odciętej głowy, hydrze wyrastają trzy nowe.
3. Piractwo mamy we krwi. Internet jest najprężniej działającym kanałem łamania praw autorskich. Protesty z ostatnich dni są najlepszym dowodem na to, jak dalece proceder ten wszedł nam wszystkim w krew, skoro jego zatrzymanie odbieramy jak wielki zamach na naszą wolność.
4. Mało wiemy o ACTA. W internecie grzmi: „Protestujcie przeciwko temu porozumieniu, bo to zło wcielone”. Zobaczcie materiał na Youtube (jeśli nie został jeszcze usunięty z powodu łamania praw autorskich;) – NO ACTA. Dowiemy się z niego, ż piractwo jest dobre, ponieważ nikomu nie szkodzi, a na ACTA nie zyskamy niczego dobrego. Zwróćcie uwagę na traumatogenną formę przekazu: pogrzebową muzykę w tle, szaroburą, ponurą kolorystykę, obrazki – piktogramy, których prostota została stworzona tak, aby trafiły do najsłabiej rozwiniętych umysłów (symbolika na poziomie rozróżnienia „toaleta męska” / „toaleta damska”).
To dopiero jest manipulacja! A ja pytam: dlaczego ktoś próbuje mną w tak prostacki sposób manipulować? Dlaczego nie przedstawia faktów obiektywnie, ale wybiórczo? I dlaczego podpisujący się pod materiałem przedstawiciele grupy Anonymous nie mają odwagi walczyć bez masek na twarzach?
5. ACTA nie jest pierwszym tego rodzaju porozumieniem. Wystarczy sięgnąć do barwnej historii, by pojąć, że problem własności intelektualnej dostrzegany jest od wieków. Słynny spór o skopiowaną księgę w Irlandii (VI w.), ustawa wenecka (1474), przywileje drukarskie (od XV w.), statut królowej Anny (1710), głośne spory w Anglii (XVIII w.) – to tylko niektóre z przykładów dowodzących, że z uregulowaniem kwestii praw do twórczości ludzie zmagają się od dawna.
Przypomnijmy tu jeszcze konwencję berneńską z 1886 r., która do dziś jest podstawowym aktem prawnym, regulującym kwestie własności intelektualnej w sferze międzynarodowej. Co ciekawe, akt ten, zainicjowany przez Wiktora Hugo, z powodu szybkiego rozwoju techniki, przez kolejny wiek modyfikowany był wielokrotnie (redakcje i uzupełnienia paryskie, berlińskie, rzymskie, brukselskie, sztokholmskie…).
Internet stał się kolejnym kamieniem milowym, którego konwencja berneńska nie potrafi jednak połknąć. Nie potrafią się z nim uporać także inne akty czy organizacje międzynarodowe: TRIPS (Porozumienie ws. Aspektów Handlowych Praw Własności Intelektualnej), WIPO (Światowa Organizacja Własności Intelektualnej) czy WTO (Światowa Organizacja Handlu). Wobec skali piractwa w internecie, organy te są po prostu bezsilne. Stąd potrzeba żandarma w rodzaju ACTA.
No dobrze, ale może warto już przywołać głównego sprawcę zamieszania do tablicy? Oto co mówi ACTA (oczywiście to tylko co ciekawsze wycinki):
• To, w jakim zakresie przepisy porozumienia będą stosowane, zależy od wewnętrznych postanowień każdego kraju. Wbrew temu, co utrzymują przeciwnicy, postanowienia umowy nie obligują do naruszania prywatności czy informacji poufnych (rozdział 1).
• Na mocy ACTA, sądy będą mogły wydawać zakaz nielegalnego rozpowszechniania utworów, a w „uzasadnionych sytuacjach” zatrzymać i zniszczyć utwór. Poszkodowany (autor) ma prawo do adekwatnego odszkodowania; ma prawo również domagać się od sprawcy ujawnienia kanału, dzięki któremu nielegalnie wszedł w posiadanie utworu (rozdział 2, sekcja 2).
• Sekcja 5, rozdział 2 określa zasady egzekwowania praw własności intelektualnej w internecie, mowa jest o środkach zapobiegawczych oraz odstraszających (prewencja!). Umowa podkreśla, że realizacja tych celów nie może naruszać podstawowych praw użytkowników, takich jak wolność słowa czy prawo do prywatności.
I tak dalej.
Oczywiście historia uczy, że to, co pięknie i niewinnie brzmi na papierze, potrafi bywać realizowane w sposób daleko odbiegający od pięknej idei. Dlatego o tym, co w istocie przyniesie to porozumienie – przekonamy się za czas jakiś.
Jako osoba od lat zajmująca się prawem autorskim, szum wokół ACTA oceniam jako mały deszcz z wyjątkowo rozdmuchanej chmury. Powiem więcej: przepisy tego porozumienia, poza wielokrotnie użytym słowem „internet”, nie wydają się wnosić wiele nowego, czego nie regulowałyby wcześniejsze akty (jak konwencja berneńska czy ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Przez to nie wróżę temu porozumieniu powodzenia w walce z cyber-piractwem.
Dla jasności: nie bronię ACTA, ponieważ sam uwielbiam wolność i nieskrępowanie. Ale tym bardziej nie bronię piractwa, ponieważ jest to choroba, którą trzeba zwalczać. Bronię natomiast racjonalnego myślenia i postuluję, by internauci, bombardowani wezwaniami do walki o wolność słowa, nie pozwalali na ograniczenie wolności myślenia.
Nie dajcie sobą manipulować – przeczytajcie ACTA, zastanówcie się nad piractwem w ogóle, a może dojdziecie do wniosku, że jednak ograniczenie nielegalnego rozpowszechniania jest w interesie wszystkich. To od nas, jako konsumentów kultury (legalnych lub nielegalnych) zależy, czy doczekamy się obniżenia cen książek i płyt, zwiększenia ich dostępności i szybszego rozwoju intelektualnego i kulturowego.
A może uda się znaleźć rozwiązanie salomonowe: zalegalizować piractwo, ale objąć je stosownym podatkiem? (według hasła: od dziś rozpowszechnianie wszelkich utworów w sieci jest legalne, ale płacimy np. o 25 zł więcej za miesięczny dostęp do internetu – pieniądze te trafiają na konto organizacji zbiorczego zarządzania prawami autorskimi, takich jak ZAiKS i dalej – do kieszeni autorów).
Co o tym myślicie? Czy to utopia, czy może program realny do wykonania?
Zachęcam do dyskusji.
Ps. Na do widzenia nutka optymizmu – pamiętajmy, że zgodnie z polskimi przepisami istnieje idealne wyjście dla miłośników bezpłatnego pozyskiwania cudzej twórczości. Myślę o dozwolonym użytku prywatnym, który mówi wyraźnie: jeśli ktoś bliski (krewny lub znajomy) posiada legalny egzemplarz utworu (film, książka, muzyka…), i Ty całkiem legalnie możesz wykonać kopię takiego utworu na użytek własny (niemasowy i niekomercyjny). Czyż to nie piękna, szeroko otwarta furtka?
123