Liczę na odwrót od "złej chińszczyzny"

(Napisał: Maciej Dutko | Data: 30-12-2011)

podziel się: Facebook
nk wykop twitter dodaj do flakera blip
Autor
Liczę na odwrót od

O tegorocznym bilansie w polskim e-handlu, a także o oczekiwaniach i prognozach na nadchodzący rok rozmawiamy z Maciejem Dutko - wykładowcą Akademii Allegro, e-biznesmenem, autorem wielu publikacji na temat handlu internetowego.

decommerce: - Tegoroczne raporty i statystyki wskazują, że polski e-handel kwitnie. Co wywołało ten rozkwit?

Maciej Dutko: Obecne trendy w e-commerce są wypadkową wielu czynników. Tendencja wzrostowa jest naturalną konsekwencją wzrostu udziału e-handlu w rynku w ogóle, jaki panuje nieprzerwanie od kilku lat, mimo że dynamika tego wzrostu osłabła. Nie bez znaczenia są również stosunkowo nowe w polskim internecie modele e-biznesowe, które aktywizują zarówno kupujących (np. wszelkie serwisy już nie tyle „grupowe”, co „okazjowe”), jak i sprzedawców. Te ostatnie pozwalają na optymalizację procesów, a więc i kosztów (myślę tu m.in. o upowszechniającym się dropshippingu, czyli modelu sprzedażowym, minimalizującym ryzyko zamrażania kapitału).

Odpowiadając na pytanie o powody „kwitnięcia” polskiego e-handlu dodam, że tak naprawdę nadal jest on w naszym kraju na etapie wczesnego przedwiośnia. Prawdziwy rozkwit e-commerce przewiduję dopiero w nadchodzącym 5-leciu (choć brzmi to prawie jak „plan pięcioletni”). Jest to najzwyklejsza osmoza: w związku z nadal bardzo niskim udziałem e-handlu w rynku w ogóle, „ciśnienie” jeszcze przez kilka lat będzie powodowało migrację tradycyjnej sprzedaży w kierunku narzędzi i kanałów wirtualnych.

 - W bieżącym roku gwałtownie wzrosła ilość sklepów internetowych (wg niektórych statystyk nawet trzykrotnie w stosunku do ub.r.). Czy e-biznes w Polsce rzeczywiście stał się dochodowy, czy po prostu bardziej popularny niż np. dwa lata temu?

MD: - Nie będę oryginalny, jeśli odpowiem, że czynnikiem determinującym tak szybki wzrost sektora e-sklepów jest przede wszystkim niska, ba!, wręcz zerowa bariera wejścia. Każdy, kto chce otworzyć tradycyjny, stacjonarny sklep, musi wyłożyć co najmniej kilkadziesiąt, a raczej kilkaset tysięcy złotych (lokal, wyposażenie, personel, zatowarowanie itd.).  Tymczasem mały sklep internetowy można otworzyć praktycznie bez kosztów. Po pierwsze, istnieją platformy (np. iStore), które nie wymagają zakupu oprogramowania – sprzedawca płaci wyłącznie prowizję od zysku lub relatywnie niewielki abonament. Po drugie – niewielkie nakłady na lokal i personel. Jak mówi raport nt. e-handlu, ponad połowa polskich sklepów internetowych to firmy 1- lub 2-osobowe, prowadzone w mieszkaniach/domach właścicieli. Po trzecie w końcu, wspomniany wcześniej model dropshippingu powoduje, że sprzedawca nie musi już nawet… mieć towaru, który sprzedaje, ponieważ obsługa zamówień odbywa się bezpośrednio z poziomu hurtowni/producenta. Sprzedawca przestaje więc być „sprzedawcą” w tradycyjnym rozumieniu, a staje się pośrednikiem, resellerem. A, jak wiemy, pośrednictwo wszelkiego rodzaju, czy to w handlu, czy w usługach, od wieków jest jednym z bardziej dochodowych modeli biznesowych.

poprzednia123następna
"Hej szalała, szalała..."(poprzedni)Grywalizacja. Dopisek w kręgu znaczeń i poszukiwań(następny)